Zalew Wiślany nie pod wiosłem, ale pod butem

– Wody nam zamarzły, więc kajakami teraz nie popływamy. Ale tak mroźną aurę musimy wykorzystać, bo nie wiadomo kiedy się powtórzy. Proponuję wypad na Zalew Wiślany. Przejdziemy go po lodzie, oczywiście odpowiednio zabezpieczeni, z Tolkmicka do Krynicy Morskiej. Idziesz? – pyta mnie Krzysztof Dybowski (Pączek), bardzo doświadczony bydgoski instruktor kajakarstwa, organizator spływów.

 

– Oczywiście że idę! Niedawno przeszedłem z kolegą po lodzie Jezioro Jezuickie koło Bydgoszczy z Piecek do Chmielnik, Prądocina i z powrotem. Było super! – odpowiedziałem.

Na Jezuickim było bezpiecznie

Lód na Jezuickim był gruby, około 30-centymetrowy, co oceniliśmy badając przerębel wykonany przez jednego z wędkarzy. Tych zresztą było przynajmniej kilkunastu. Dlatego pomysł „Pączka” bardzo mi się spodobał, choć pewną niewiadomą było stan pokrywy lodowej po odwilży, która na kilka dni nastała w całym kraju. Brda w centrum Bydgoszczy uwolniła się z lodowych okowów i znajomi przestrzegali przed podejmowanie tak dużego ryzyka jak przejście 10 kilometrów po niepewnej tafli.

 

Woda w Zalewie Wiślanym (naturalnym akwenie o charakterze morskim) jest lekko zasolona, bo mieszają się w niej nurty kilku rzek i przeciskający się przez Cieśninę Piławską (zwłaszcza przy silnych północnych wiatrach) z otwartego Bałtyku. A woda słona ma mniejszą zdolność do zamarzania. Do czynników ryzyka dochodzą też spore wahania poziomu wody na tym rozległym akwenie (838 km kwadratowych, w tym w granicach Polski 328 km).

 

– Ale co tam, raz kozie śmierć! – Zawołaliśmy, ochoczo rzucając wyzwanie przeznaczeniu, naturze i sobie samym. Oprócz „Pączka” i mnie (autora tekstu) z Tolkmicka do Krynicy Morskiej ruszyły Iwona, bydgoszczanka, i Agnieszka, poznanianka.

Trzeba minimalizować zagrożenie!

Nie była to wszakże reakcja desperatów czy potencjalnych samobójców. Co to to nie! Nie raz w swej kilkudziesięcioletniej karierze kajakarskiej ryzykowaliśmy na przeróżnych rzekach, jeziorach, a nawet morzach i jakoś, dzięki doświadczeniu i odpowiedniemu wyekwipowaniu, cało wychodziliśmy z opresji. Teraz też trzeba rzecz zrobić z głową i zminimalizować zagrożenie. Co to oznacza? A no to, że idziemy w czteroosobowej grupie, wzajemnie się asekurując. Każdy z uczestników wyposażony jest w kolce lodowe (z ich pomocą można samodzielnie wydostać się z wody na pokrywę lodową) i rzutkę ratowniczą (umożliwia wyciągnięcie z opresji osoby tonącej z bezpiecznej dla ratującego odległości).

 

Pływalność w razie przymusowej kąpieli zapewniają nam zasadniczo plecaki z upakowaną w workach wodoodpornych odzieżą na zmianę, ale dwoje z nas ma też na sobie kajakarskie kamizelki asekuracyjne (lekka odmiana kamizelek ratunkowych). W plecakach mamy termosy z gorącą herbatą i żelazną porcją żywności. I oczywiście telefony komórkowe zabezpieczone w wodoodpornych etui.

W basenie portowym w Tolkmicku na wiatr czekają bojery

Pierwsze niepewne kroki

Pogoda sprzyja… Odwilż za nami, temperatura powoli spada kilka stopnie poniżej zera i – jak się wydaje – niedawne roztopy nie wyrządziły szkód w strukturze i wytrzymałości lodu. Chociaż przy zejściu z plaży w Tolkmicku (na prawo od wyjścia z portu) widać podejrzaną, mokrą strefę o szerokości co najmniej kilkudziesięciu metrów. Po wejściu nań pod nogami pęka wierzchnia warstwa lodu, spod której wydobywa się woda. Pod nią jest zasadnicza warstwa, z pewnością znacznie grubsza, bo ta nie pęka. Niemniej, dla spokoju ducha i komfortu psychicznego, wycofujemy się na stały ląd i idziemy na koniec falochronu portowego, by stamtąd (gdzie lód wygląda już dobrze) ruszyć ku przygodzie.

 

Przy końcu basenu portowego stoją, zabezpieczone plandekami przed śniegiem, cztery bojery. Zatem nastał już czas żeglarstwa lodowego. Bojerowcy czekają tylko na silniejszy wiatr. Teraz praktycznie jest flauta.

Przed nami 10 kilometrów marszu po lodowej gładzi pokrytej kilkucentymetrowym zmarzniętym śniegiem. Taki stan rzeczy wyklucza swobodną jazdę na łyżwach, ale na nartach turystycznych (skiturowych) czy biegowych z pewnością można by przemieszczać się i szybciej, i bezpieczniej, bo deski lepiej rozkładają ciężar człowieka na powierzchni. Cóż, nie posiadamy takiego sprzętu, więc pozostaje nam zwykły marsz. Ten wszakże ułatwiają raczki założone na podeszwy butów. Obuwie też jest ważne – górskie lub śniegowce spisuje się bardzo dobrze. Nie wspomnieliśmy jeszcze o odzieży, którą mamy na sobie… Ta nie odbiega dużo od stosowanej na zimowych spływach kajakowych: pod spodem bielizna termoaktywna, potem kilka warstw oddychających rzeczy i wreszcie kurtka zewnętrzna. W pieszym trekkingu lepiej od typowo wodoodpornych (używanych w kajakarstwie) spisują się kurtki typu wiatrówka i takie mamy na sobie. Gdybyśmy mieli pod nogami gładki, śliski lód, należałoby (dla większego bezpieczeństwa) wyposażyć się kaski. Na lekko ośnieżonej tafli takiej konieczności nie ma.

 

Zatem idziemy… Krajobraz niezwykły, typowo zimowy, z dominacją – co oczywiste – bieli, ale hen na horyzoncie rysuje się ciemny z naszej perspektywy pas Mierzei Wiślanej, czyli długiego na 96 km piaszczystego półwyspu (59 km w Polsce, 37 km w Rosji). Nad mierzeją rozciąga się drugi, szerszy pas granatowo ciemnego nieba. Ten jest nieco jaśniejszy od mierzei, a mimo to ciemny. Z naszego miejsca, na razie, trudno jednoznacznie wytłumaczyć to zjawisko. Dopiero po dojściu do Krynicy Morskiej i przejściu przez wał wydm nad brzeg morza, okazało się, że z północy wieje silny wiatr wzbudzający wysokie załamujące się fale. Nad Bałtykiem utrzymywały się ciemne chmury, ale te nie napływały nad Mierzeję Wiślaną, stały dokładnie przed nią, a dokładniej nad plażą. Tymczasem nad Zalewem Wiślanym zalegały białe chmury, a wiatr był minimalny i – co ciekawe – wiejący z południa, czyli dokładnie z przeciwnego kierunku niż nad otwartym morzem.

Na środku zalewu spotykamy rybaków z Tolkmicka

Rybacy w akcji

Dobra aura, choć bez przebłysków słońca, sprzyja nieśpiesznemu marszowi i dobrym humorom. W oddali widzimy jakieś punkty, więc spekulujemy co to? Ludzie, wbite w lód tyczki, a może rozstawione namioty wędkarskie? Im bliżej, tym obraz nabiera wyrazistości – to jednak ludzie, trzy osoby, a przedmiot interpretowany przez nas jako namiot okazuje się… samochodem typu pick-up.


– O rany, to odważyli się wjechać na akwen autem? – pyta z niedowierzaniem Iwona.

Na miejscu okazuje się, że mamy do czynienia z zawodowymi rybakami z Tolkmicka, którzy dojechali tu swoim pick-upem (bo przecież kutrem się na da), wykuli kilka przerębli i ciągną sieci. Kilka skrzynek wypełnionych jest po brzegi okazałymi leszczami. Naprawdę duże sztuki!


– Jak gruby jest lód, że zdecydowaliście się przyjechać tu samochodem? – pytamy rybaków.

– Zaraz sami się przekonacie! – odpowiada jeden z nich i chwyta łańcuchową piłę mechaniczną. Kilka sprawnych ruchów i wyrzyna w tafli mały blok lodu, po czym specjalnych chwytakiem wyciąga go na powietrze. Pomiar robi wrażenie: 40 centymetrów! Jeśli lód jest jednolity, to całkowicie bezpieczna grubość, nawet do jazdy autem osobowym. Dla człowieka (zwykłego piechura) za bezpieczny uznaje się co najmniej 10-centymetrowy lód, dla motocyklisty o 2 cm grubszy, dla auta minimum to 20 cm, dla busa 40. Tak duża grubości utwierdza nas w przekonaniu, że nic nam nie grozi. Zatem pewnym krokiem idziemy dalej.

Stawa "Elbląg", potem Wyspa Estyjska

Po lewej w odległości kilku kilometrów mijamy dość dobrze widoczną na równej jak szkło gładzi stawę nawigacyjną „Elbląg” (ustawioną na małej sztucznej wyspie), a już bliżej przeciwnego brzegu, także po lewej, powstającą właśnie dużą (obwód 4,9 km) Wyspę Estyjską. Ta budowana jest z tego co wydobywa się z dna zalewu z pogłębianego toru wodnego prowadzącego z przekopu Mierzei Wiślanej w osadzie Nowy Świat do portu w Elblągu. My widzimy zaledwie zarys wyspy, a jej pozycję zdradzają bardziej ramiona koparek lub innych urządzeń wykorzystywanych w budowie (trudno dokładniej rozpoznać co to jest).

Pierwszą zauważamy latarnię morską

 

Za to widok na mierzeję, którą cały czas mamy na wprost przed oczami, staje się – co oczywiste skoro przemieszczamy się szybko – coraz wyraźniejszy. Idziemy – tak jak planowaliśmy – dokładnie na Krynicę Morską.

 

Z daleka pierwszym charakterystycznym elementem tego „stojącego w rozkroku” między zalewem a morzem turystycznego miasta (stała populacja liczy niespełna 2 tys. osób, ale latem goście wielokrotnie przewyższają liczbę mieszkańców) jest latarnia morska, maleńka pionowa kreska i to ciemna, prawie czarna. Dopiero bliżej, z kilku kilometrów, widać jej rzeczywiste barwy – czerwień.

 

Z każdym krokiem pojawiają się większe, wyżej położone ośrodki wypoczynkowe, wreszcie pojedyncze pensjonaty, inne domy i główki portowe.

W pobliżu dojścia do Krynicy Morskiej doścignęli nas narciarze. Robimy wspólne zdjęcie

Za nami narciarze

Tuż przed portem dościga nas troje narciarzy trekkingowych, mieszkańców Elbląga, którzy tak jak my wyruszyli z Tolkmicka (ok. 20 minut po nas). Miłe spotkanie, krótka wymiana informacji, wspólne zdjęcie… Wszyscy wychodzimy na wschodni falochron (od strony przystani jachtowej) i tam się rozstajemy. My idziemy jeszcze na spacer nad otwarte, rozfalowane morze. Tam zastajemy inną aurę – wietrzną, która znacząco obniża temperaturę odczuwalną.

 

Naszą niezwykłą przygodę wieńczymy obiadem w jednej z trzech czynnych nawet o tej porze roku restauracji przy ul. Portowej. Robi się ciepło i błogo, ale czas wracać do domu…

 

* Na koniec ostrzeżenie: Pamiętajmy, iż żaden lód (oprócz tego na sztucznych ślizgawkach) nie jest bezpieczny, bo w niektórych miejscach, zwłaszcza przy ujściu rzek i innych mniejszych cieków, jego grubość znacząco maleje, a i sama struktura nie jest jednolita, a zatem słabsza. Zdecydowanie odradzam wchodzenie na zamarznięte rzeki, bowiem tam – ze względu na płynący pod powierzchnią nurt – tafla lodu ma bardzo zmienną grubość i strukturę. Jeśli zaś decydujemy się na wejście, róbmy to zawsze w towarzystwie i pamiętajmy o środkach bezpieczeństwa, o których wspominam w tekście.

 

Tekst i fot. Marek Weckwerth