
Kajak morski ma 5 metrów i waży 30 kilo. Czy w takiej łupinie można w sześć dni opłynąć Bornholm? Można.
Jarosław Surwiło-Bohdanowicz, Wojciech Jazdon, Tomasz Kuśmierek. W sześć dni opłynęli Bornholm na kajakach. Trasa, sto kilometrów. Rok temu kajakami opłynęli największą wyspę archipelagu Alandów, Fasta Aland. – Kiedy wróciliśmy z tamtej wyprawy, chyba już wiedzieliśmy, że prędzej czy później znowu popłyniemy – śmieje się Jazdon. – Kajakarstwo morskie wymaga nieustannego skupienia, koncentracji, ale tęskni się za nim.
Odporne na fale
Przygotowania do wyprawy trwały prawie rok. – Musieliśmy wybrać trasę, przygotować sprzęt i siebie – mówi Jarosław Surwiło-Bohdanowicz. – Na taką wyprawę nie da się ruszyć z marszu. Najważniejsza rzecz: kajak. – To specjalny kajak, morski – wyjaśnia Jazdon. – Wykonany z polietylenu. Jego wielki plus to duża odporność na fale, a na morzu to bardzo ważne, szczególnie na Bałtyku, gdzie fale są krótkie, nerwowe. Minus to waga. Normalne kajaki można podnieść na jednym palcu, nasze ważą aż 30 kilogramów, są długie na 5 metrów.
Rybia łuska
Do tego strój – tzw. aquashell, czyli bluza i spodnie ze specjalnego materiału. Od spodu polar, od zewnątrz tworzywo przypominające rybią łuskę. – Dzięki temu kajakarz nie jest mokry już po kilku minutach. Woda nie wsiąka w ubranie, ale spływa po nim – opowiadają. Ważne jest też wiosłowanie. – Na morzu trzeba trzymać ręce o wiele niżej niż na jeziorze czy rzece. Wiatr może łatwo wyrwać wiosło z ręki – wyjaśnia Jazdon.
W drogę
- Najpierw dopłynęliśmy do stolicy Bornholmu, Ronne, a następnego dnia kajaki na wodę – opowiada Jazdon. – Zaczęliśmy bardzo ambitnie, chociaż teraz wygląda to na małe wariactwo – mówi Surwiło-Bohdanowicz. – Pierwszego dnia zrobiliśmy aż 30 kilometrów. – Nie wiem, skąd wzięliśmy na to siły – wtrąca Jazdon. – Po kilku godzinach spędzonych w kajaku boli praktycznie wszystko: kręgosłup, kark, łydki. Cierpną nogi, a na rękach, mimo rękawiczek, robią się rany.
Wędzony śledź i piwo
- Płynęliśmy ostrożnie, bo brzeg w tym miejscu jest bardzo groźny. Trzeba uważać na klify i wystające z wody kamienie. W zderzeniu z nimi człowiek nie ma szans – dodaje Surwiło-Bohdanowicz. Ale podróżnicy twierdzą, że piękne widoki pozwalają zapomnieć nawet o groźnych klifach. – Hammershus, czyli ruiny największego w Europie Północnej średniowiecznego zamku, domki z kamienia – dodają.
Drugi odcinek wyprawy z Allinge do Svaneke. – Cudowna nadmorska miejscowość z knajpkami, marinami i wędzarniami śledzi – opowiada Jazdon. – A wędzony śledź i piwo to jedna z najlepszych rzeczy na świecie.
Kolejny etap podróży to Snogebek. – Właśnie w tej miejscowości pogorszyła się pogoda – wyjaśnia Jarosław Surwiło-Bohdanowicz. – Zaczęło wiać i padać. Siła wiatru dochodziła do 5 stopni w skali Beauforta. Postanowiliśmy zaczekać do następnego dnia. Do stolicy Bornholmu dotarliśmy po 6 dniach machania wiosłami.
Polacy na Bornholmie
Z noclegiem na Bornholmie nie ma problemu. Można spędzić noc na przykład na campingu albo wynająć domek. Tym ostatnim zajmują się między innymi Polacy, których na Bornholmie jest sporo.
- Zdarzyło się nam spać na plaży i nikt nam nie robił z tego powodu problemów – stwierdza Wojciech Jazdon. – Trzeba jednak bardzo uważać, żeby nie wejść na prywatny teren. Szukając zasięgu w komórce, stanąłem na skrawku trawnika. Z domku wybiegła kobieta, krzycząc po angielsku „Teren prywatny, proszę odejść!”
Prawdziwy rybak
- W Somarken, niewielkiej osadzie rybackiej poszliśmy wynająć domek. Naprzeciwko nas wyszedł prawie 2-metrowy mężczyzna z sumiastymi wąsami. Prawdziwy rybak – opowiada Jazdon.
Anna Stasiewicz
Źródło: Gazeta Pomorska
