żółte liście klonu

Jak zostałam pełnoetatową jesieniarą – i nie żałuję ani kropli deszczu

Nie pamiętam, kiedy dokładnie się to zaczęło. Może wtedy, gdy po raz pierwszy kupiłam świeczkę pachnącą lasem po deszczu i odkryłam, że pachnie lepiej niż niejedne perfumy. Albo w ten wieczór, gdy założyłam grube skarpety w serduszka, zawinęłam się w koc i pomyślałam: oto luksus w czystej postaci – zero makijażu, zero ludzi, pełen kubek herbaty.


Jesień długo nie miała u mnie dobrego PR-u. Kiedy byłam dzieckiem, oznaczała koniec wakacji i początek szkoły, czapkę z pomponem i kałuże głębsze niż moje buty. Później kojarzyła się z końcem lata, rachunkami za ogrzewanie i marudzeniem, że „znów ciemno o piątej”. Słowem – nie była moją bratnią duszą.


Aż któregoś roku pomyślałam: dość. Przecież ta sama pogoda, którą latem nazywamy „świeżym powiewem”, we wrześniu nagle staje się „wilgocią”. Ten sam deszcz, który w lipcu „romantycznie szemrze po parapecie”, w październiku „leje i przeszkadza”. Hipokryzja w czystej postaci! Postanowiłam więc się nie obrażać. Nie z pogodą, nie z aurą, tylko z własnym podejściem. I wtedy się zaczęło – moje małe odczarowanie jesieni.

asfaltowa droga w parku w deszczowy dzień

Lato zawsze trochę mnie męczyło. Ten obowiązek „korzystania z życia”, ta presja, żeby wciąż być gdzieś, robić coś, uśmiechać się i mieć opaleniznę. A ja po prostu chciałam mieć święty spokój i sweter z długim rękawem.
Jesień mi to dała. Nikt nie oczekuje, że będę w formie, że będę błyszczeć. Nie muszę się spieszyć, nie muszę się stroić, nie muszę nikomu tłumaczyć, że wolę ciepły koc od drinka z parasolką.


Mogę zwolnić. I to bez wyrzutów sumienia. Kiedyś czułam się winna, że nie chce mi się działać. Dziś wiem, że to nie lenistwo – to rytm natury. Jesień mówi: odpocznij. I ma rację.

 

„Jesień to czas, kiedy każdy liść staje się kwiatem.” – Henry David Thoreau


I może właśnie dlatego ją polubiłam. Bo nie zmusza do bycia kimś innym.

Kolorowa terapia liściowa

Jesień nie jest szara. To ludzie ją tak malują, kiedy zapominają wyjrzeć przez okno. Wystarczy jedno popołudnie w parku, żeby zrozumieć, że to pora roku, w której świat wygląda, jakby ktoś mu zwiększył nasycenie kolorów.


Wczoraj zrobiłam swoją standardową trasę – sześć kilometrów w centrum Poznania. Idę tą samą drogą od lat. Lubię te chodniki, lubię to drzewo przy wejściu do parku, które zawsze wygląda jakby chciało mnie przywitać. Trochę krzywe, ale z klasą. To taki mój rytuał – codzienny ukłon w stronę natury.


Liście tańczą wokół mnie jak na planie filmowym, powietrze pachnie mokrą ziemią i świeżym pieczywem z piekarni, a w oddali słychać dzieci, które rzucają się liśćmi z entuzjazmem godnym rewolucji. Czasem myślę, że jesień to po prostu teatr codzienności – tylko bilety są darmowe. Mgła? Uwielbiam. Mgła to filtr, który wygładza rzeczywistość lepiej niż wszystkie aplikacje razem wzięte. Chłód? Idealny pretekst, żeby otulić się szalem i udawać tajemniczą postać z francuskiego filmu. A krótkie dni? Czysty luksus. Bo im szybciej się ściemnia, tym szybciej mogę zniknąć pod kocem.

Spacer w deszczu i inne formy medytacji

Kocham spacery w deszczu. Wiem, brzmi jak początek reklamy płaszcza przeciwdeszczowego, ale to prawda. Deszcz uspokaja mnie jak nic innego. Ludzie wtedy chowają się po domach, ulice pustoszeją, a ja mam świat dla siebie. Woda ścieka po kapturze, liście kleją się do butów, a ja czuję się jak bohaterka filmu, w którym nic się nie dzieje – i właśnie dlatego jest tak dobrze.

 

Po drodze mijam ludzi z parasolami. Każdy ma swój styl: jedni niosą je jak broń, inni jak rekwizyt, jeszcze inni jak zło konieczne. Ja jestem z frakcji: „parasolka i tak się złamie, więc przynajmniej z godnością”. Kiedy nie pada, chodzę z kijkami. Nordic walking to moje małe objawienie. Kiedyś myślałam, że to rozrywka dla emerytek z zapałem w oczach. Dziś wiem, że to świetna terapia. Rytm kroków, równy oddech, stukot kijków o chodnik – i nagle wszystko się układa. Idę, myślę, oddycham. O niczym konkretnym. Po prostu idę.

 

A rower? To już poezja. Jazda jesienią to jak taniec z naturą – trochę chłodno, trochę ślisko, ale za to jak pięknie! Liście szeleszczą pod kołami, powietrze szczypie w policzki, a ja czuję się wolna. Nie ścigam się z nikim. Po prostu jadę. Ostatnio rozmawiałam w sklepie Olimpiasport z ekspertem, który powiedział coś, co idealnie podsumowuje tę porę roku: „Jesień to idealny moment, by testować outdoorowy sprzęt – ani upał, ani mróz nie odciągają od ruchu. Kluczem jest dobry ubiór i warstwowość.” Święta racja. Bo jesień to nie walka. To współpraca.

Ubierz się w rozsądek i luz

Nie ma złej pogody. Są tylko źle dobrane kurtki. I mówię to jako osoba, która przez pół życia testowała granice wytrzymałości dżinsowej kurtki w listopadzie. Teraz jestem mądrzejsza.

 

Mam swoje jesienne rytuały: bluza, ciepła kurtka z membraną, buff na szyi, buty, które przetrwały więcej błota niż niejeden jeep. Wychodzę, nawet gdy leje. Wracam – nie zmarznięta, tylko zadowolona. Z policzkami czerwonymi jak po spotkaniu z mrozem i uśmiechem, który pojawia się sam z siebie. I wtedy przychodzi czas na nagrodę. Herbata z imbirem. Albo lampka czerwonego wina. Czasem jedno po drugim – zależnie od tego, jak bardzo udawałam, że padało „tylko trochę”.

Grzyby, błoto i zakwas z buraków – moje jesienne złoto

Jesień to mój ulubiony sezon w kategorii „życie poza miastem”. Zbieram kasztany. Wkładam je do kieszeni jak amulet, choć nie wiem, przed czym miałyby chronić – może przed dorosłością. Kiedyś robiłam to z moim synem. Dziś robię to sama, ale z tą samą dziecięcą radością.

 

Zbieram też grzyby – mogłabym to robić codziennie. Las po deszczu to najpiękniejsze spa świata: pachnie mchem, wilgocią, ciszą. Każdy znaleziony podgrzybek to powód do dumy. A jeśli trafia się borowik? To już niemal sportowy sukces. Jesień to także sezon na przetwory.

 

Moja kuchnia w październiku wygląda jak laboratorium – słoiki, butelki, przyprawy, parujące garnki. Z jabłek robię dżem z cynamonem, z pigwy nalewkę (na wszystkie smutki i katary świata), a z buraków – zakwas. Zakwas z buraków to mój codzienny rytuał. Kwaśny, rubinowy, z charakterem. Piję go rano zamiast kawy – budzi lepiej niż espresso. Wzmacnia odporność, dodaje energii i daje to uczucie, że zrobiłam dla siebie coś dobrego. A zapach w lodówce? Żaden dramat. Raczej lekka nuta zdrowego stylu życia.

grzyby suszące się w piekarniku

Ciemność to mój sprzymierzeniec

Kiedyś denerwowało mnie, że o siedemnastej robi się ciemno. Dziś czuję wdzięczność. Bo ciemność to najlepsze usprawiedliwienie, żeby nic nie robić.


Zasuwam rolety, zapalam świeczki, włączam czajnik. Powietrze pachnie cynamonem, a ja rozsiadam się pod kocem i udaję, że mam kontrolę nad życiem. Czasem puszczam muzykę, czasem po prostu słucham deszczu. To jest mój ulubiony dźwięk jesieni – rytmiczny, spokojny, przewidywalny.

 

Wreszcie mam czas na książki, które leżały całe lato „na później”. Oglądam nowe seriale i filmy na platformach – czasem ambitne, czasem takie, które mają tylko jedno zadanie: nie wymagać myślenia. I to też jest w porządku. Bo jesień to pora roku, w której naprawdę wolno odpoczywać.

 

Filozofia jesiennego spokoju

Jesień ma swoje tempo. Czasem wolniejsze, czasem potykające się o kałuże, ale o wiele zdrowsze dla głowy.
To pora roku, w której mogę być po prostu sobą – trochę zmęczoną, trochę rozbawioną, z kubkiem herbaty w dłoni i bez planu na podbój świata.


Lubię imprezy – naprawdę. Ale równie mocno lubię moment, gdy mogę wrócić do domu, zmyć makijaż i wskoczyć pod koc. Mój ideał soboty? Zakwas z buraków na dzień dobry, popołudniowy spacer w deszczu i wieczorne spotkanie z przyjaciółmi – najlepiej w kuchni, bo przecież tam zawsze kończą się wszystkie dobre rozmowy.


Jesień daje przyzwolenie na bycie człowiekiem. Nie perfekcyjną panią domu. Nie superwoman. Po prostu sobą – w ciepłych skarpetach, z herbatą i z poczuciem, że dziś już wystarczy.

I właśnie dlatego ją kocham

Kocham jesień za to, że niczego nie udaje. Że pozwala zwolnić, odpocząć, przemyśleć. Za to, że nie wymaga, żebym była produktywna ani piękna. Za to, że daje mi ciszę, której tak często brakuje. Za kolory, za zapach liści, za mgły, które wyglądają jak kadr z filmu. Za to, że po spacerze mogę napić się herbaty albo wina i mieć czyste sumienie.

 

Jesień to nie koniec lata. To początek wdzięczności. I sezon na bycie sobą – bez pośpiechu, z parasolem w dłoni i sercem trochę przemoczoną, ale bardzo szczęśliwą.

FAQ – najczęściej zadawane pytania o jesień

Czy naprawdę można polubić jesień, jeśli się jej nie cierpiało przez pół życia?
Tak! To jak z brukselką – wystarczy zmienić sposób podania. Jesień nie jest po to, żeby ją przetrwać, tylko żeby zwolnić. Wystarczy ciepła kurtka, dobra herbata i trochę autoironii.


Co robić, kiedy pada i nic się nie chce?
Najlepiej – nic. Naprawdę. Zawinąć się w koc, zapalić świeczki, zaparzyć coś aromatycznego i obejrzeć film, który nie wymaga skupienia. To nie lenistwo, to regeneracja duszy.


Jak się ubrać, żeby polubić spacery jesienią?
Zasada numer jeden: warstwy. Zasada numer dwa: nic, co „ładne, ale przemaka”. Jesień kocha praktyczność – dobra kurtka, buty z przyczepnością i buff na szyi to Twój pakiet przetrwania i radości w jednym.


Jakie są Twoje ulubione rytuały jesienne?
Grzyby, zakwas z buraków, długie spacery w deszczu, herbaty z miodem i seriale z listy „na kiedyś”. I oczywiście moment, gdy mogę zwinąć się pod kocem z książką i udawać, że świat nie istnieje.


Czy jesień to naprawdę najlepsza pora roku?
Dla mnie – absolutnie tak. To pora wdzięczności, spokoju i samowystarczalnego szczęścia. A jeśli dodać do tego kubek ciepłego napoju i zapach pieczonych jabłek – konkurencja nie ma szans.


Co dalej?
Jeśli czytając ten tekst, poczułaś zapach mokrych liści albo miałaś ochotę wyjść na spacer w kaloszach – to znak, że jesień też próbuje się z Tobą zaprzyjaźnić. Nie opieraj się. Zrób sobie herbatę, wyjdź na dwór, nawet jeśli pada. Może po drodze znajdziesz kasztana, który stanie się Twoim talizmanem na resztę sezonu. I pamiętaj: jesień nie przyszła, żeby Ci coś zabrać. Przyszła, żebyś w końcu mogła odetchnąć.


Źródła i inspiracje

  • Henry David Thoreau, Walden, czyli życie w lesie – klasyk o tym, jak piękne jest bycie blisko natury.
  • Rozmowa z ekspertem sklepu Olimpiasport – o ubiorze i aktywnościach outdoorowych w chłodniejsze dni.
  • Własne doświadczenia z jesiennych tras, spacerów i testów herbat (metoda empiryczna, nie laboratoryjna).
  • Obserwacje miejskiego życia w Poznaniu, parki, mgły i niekończące się źródło inspiracji w naturze.

O autorce:
Basia Surwiło-Siepnewska, zawodowa jesieniara, amatorka błota i zakwasu z buraków. Kocha zapach lasu po deszczu, spacery w kapturze i herbatę z imbirem. Twierdzi, że jesień to nie pora roku, tylko stan ducha – najlepiej z kocem, dobrym serialem i świadomością, że dziś już naprawdę nic nie trzeba.