Od wielu lat ferie zimowe spędzamy w Alpach i Dolomitach. To nasz rodzinny rytuał, który wrósł w kalendarz tak mocno, jak Boże Narodzenie czy Wielkanoc. Włochy stały się dla nas drugim domem na zimę. I choć wielu znajomych dziwi się, że wybieramy tak daleką podróż, my dobrze wiemy dlaczego – bo jeśli porównać warunki do tych w popularnych polskich kurortach, jak choćby w Białce Tatrzańskiej, to różnica jest jak dzień do nocy. Tam stoki bywają tłoczne i krótkie, tu – szerokie, perfekcyjnie przygotowane, o poranku pokryte idealnym sztruksem. Tam śnieg jest kapryśny, tu – niemal zawsze gwarantowany. I to słońce, które w Dolomitach potrafi świecić bez przerwy przez tydzień, zmieniając każdy dzień jazdy w czystą przyjemność.
Podróż z Poznania do Andalo to około 1160 kilometrów, więc zwykle dzielimy ją na dwa etapy.
Sprawdzonym rozwiązaniem jest nocleg za Monachium – często wybieramy miejscowości takie jak Bad Aibling, Brannenburg czy Irschenberg. Dzięki temu unikamy pośpiechu, a drugi dzień drogi jest już spokojniejszy i pozwala dotrzeć w góry w dobrym czasie. Pakowanie auta to u nas stały schemat – kaski, gogle, torby z butami, narty i trochę prowiantu na drogę. Taka podróż, choć długa, zawsze ma w sobie tę narastającą ekscytację, że z każdym kilometrem jesteśmy bliżej stoków.

Szybkie linki
Carezza Dolomites przywitała nas błękitem nieba i ostrym, zimowym powietrzem
Rosengarten i Latemar wyglądały jak wielkie kamienne strażnice. Pierwszy poranek na stoku to dla mnie zawsze mieszanka ekscytacji i lekkiego napięcia – czy ciało od razu posłucha, czy trzeba będzie kilku zjazdów, by wrócić do pełnej swobody. Wystarczyły trzy przejazdy po Pra di Tori i znów poczułam, jak narty prowadzą mnie same. Ta trasa jest jak perfekcyjnie wyprasowany dywan śniegu – szeroka, równa, idealna do długich, mocnych skrętów. Potem Laurin 1 – jak jazda z otwartą książką o Dolomitach: po lewej Rosengarten, po prawej las, a przed nami łagodna linia stoku. Dla odpoczynku zjeżdżaliśmy też Golf 1 i 2, w dolnej części ośrodka – ciche, otoczone drzewami, kończące się przy małych drewnianych chatkach, z których unosił się zapach cynamonu i pieczonych jabłek.
Po kilku dniach w Carezzy ruszyliśmy do Andalo. Już sam wjazd do miasteczka przypominał powrót do dobrego znajomego – znamy każdy zakręt, każdy widok. To tutaj mój syn zaczynał naukę w polskiej szkółce narciarskiej, a dziś śmiga po czarnych trasach jak zawodowiec. Paganella Ski Area to zupełnie inny wymiar jazdy – trasy są dłuższe, różnorodne, a różnica wysokości potrafi sięgnąć tysiąca metrów. Rano sztruks aż skrzypiał pod krawędziami, a słońce rozświetlało śnieg tak, że trzeba było mrużyć oczy.
Buty narciarskie Salomon S/RACE 60T M Race Blue/White/Process BlueOlimpionica 2 – stroma, szybka, wymagająca – to była nasza adrenalina
Widok z górnej części zapierał dech: Dolomity Brenta w całej okazałości. Cacciatori 1 dawała rytm, w którym można było się rozkręcić, a Tre 3 – czystą radość długiego zjazdu, w którym carvingowe skręty same się układały. Skiweg do Fai della Paganella był jak przerwa w biegu – las, cisza i tylko śnieg chrzęszczący pod nartami.
Mieszkaliśmy w Alphotel Milano, skąd wszędzie mieliśmy blisko. Wieczorami wracaliśmy tam zmęczeni, ale szczęśliwi. W hotelu pachniało kawą, a kolacje były tak sycące, że po nich sił starczało tylko na krótki spacer po miasteczku. Andalo wieczorem ma swój klimat – ciepłe światła kawiarenek, zapach drewna z pieców i spokojne rozmowy mieszkańców. Czasami szliśmy jeszcze na basen – ciepła woda doskonale rozluźniała mięśnie po całym dniu jazdy. W dzień miasteczko tętni życiem, rano piekarnie pachną świeżymi rogalikami, ale w południe nastaje sjesta i życie na chwilę zwalnia. Na kolację polecamy Pizzeria Ristorante Romantica – pizza z pieca opalanego drewnem smakuje tu tak, że nawet po tygodniu człowiek ma ochotę wrócić na jeszcze jeden kawałek.
Kilka kilometrów dalej jest Molveno – miejsce, w którym kiedyś spędziliśmy cały tydzień, codziennie dojeżdżając ski busem do dolnej stacji gondoli w Andalo. Autobus był punktualny, a podróż trwała kilkanaście minut, więc poranki mieliśmy spokojne, a wieczory zaczynały się od powrotu wprost pod drzwi hotelu. Molveno zimą jest ciche, a jezioro wygląda wtedy jak lustro, w którym odbijają się białe szczyty Brenty. Hotel Alexander, w którym spaliśmy, miał tarasy z widokiem na wodę i góry – o poranku to był widok, od którego trudno było się oderwać. Po nartach chodziliśmy nad brzeg jeziora, słuchając ciszy przerywanej tylko szumem wiatru.

Sprzęt na wyprawie w Andach
Podczas tego wyjazdu jeździłam na nartach Atomic CLOUD Q12 REVOSHOCK C + M 10 GW. Są jak pewny, zaufany partner – stabilne, precyzyjne, a jednocześnie lekkie. System Revoshock C świetnie tłumił drgania, więc nawet na twardszym porannym śniegu czułam pełną kontrolę. Uwielbiam, gdy narta reaguje natychmiast – tu wystarczyło drobne przesunięcie ciężaru, a skręt układał się sam. Mój syn jeździł na Atomic REDSTER J2 130–150 + C 5 GW red – nartach lekkich, ale bardzo precyzyjnych, z technologią Bend-X, która dawała mu swobodę w skrętach, nawet przy większej prędkości.
Jeden dzień spędziliśmy w Pinzolo, odwiedzając moją siostrę z rodziną. Trasy tam prowadzą wśród lasów, są malownicze, ale wymagające. Tulot Audi Slope była naszą największą próbą – długa, o zróżnicowanym nachyleniu. Fajnie było pojeździć razem, ale wracając do Andalo, czuliśmy, że tu jest jednak nasze miejsce – więcej tras, nowoczesne wyciągi, inna energia.
A w drodze powrotnej, gdzieś między górami a autostradą, rozmawialiśmy o tym, co zapamiętamy najbardziej. Carezza – za słońce i bajkowe widoki, Andalo – za sportową energię i perfekcyjne trasy, Molveno – za spokój i widok, który koi duszę. I tak wiemy, że wrócimy – bo te miejsca wchodzą pod skórę.









